obfotografowala mnie, po czym zaproponowala regularna sesje: tylko ona i ja. pomyslalam, czemu nie? zadawala mi mnostwo bardzo osobistych pytan i fotografowala moja twarz tylko w momentach, gdy pojawialo sie na niej napiecie, namysl, znudzenie albo irytacja dokuczajac, pochlebiajac,i kpiac na przemian...
Wednesday, 31 August 2011
Tuesday, 30 August 2011
L E N S C R A T C H: J R wins the TED Award
L E N S C R A T C H: J R wins the TED Award:
Last year I wrote about Parisian street artist J R on Lenscratch . If you missed the post , be sure to revisit it to understand the scope o...
Labels:
Art
Norihisa “Nori” Hosaka i cyberpunk w HDRI wydaniu
Photographs taken with a digital compact camera in HDRI as though they are the vision seen through the optic nerve of Tokyo.
High dynamic range imaging – technika w fotografii polegająca na wykonaniu kilku ekspozycji tego samego kadru, z których część jest niedoświetlona, a pozostała część prześwietlona. Pozwala ona otrzymać obraz sceny charakteryzujący się dużą rozpiętością tonalną.
Używając tej techniki najczęściej robi się trzy do pięciu fotografii (czasami więcej – w zależności od rozpiętości tonalnej kadru oraz dynamiki aparatu) z poprawnie naświetlonymi cieniami, elementami pośrednimi oraz światłami, z różnicą np. 2 EV (może być 1 albo nawet 3), a następnie łączy się obrazy w jeden plik. W celu pozyskania źródłowych fotografii stosuje się metodę bracketingu lub wywołuje plik RAW z różnymi parametrami.
Złożony obraz HDR poddawany jest mapowaniu luminancji, dzięki czemu kompresji ulega globalny kontrast zdjęcia, ale zachowane są lokalne zmiany w jasności. Technika ta może być używana również do poprawy jakości pojedynczych fotografii, a szum, który w takim przypadku zwykle ulega wzmocnieniu, usunąć można za pomocą filtra bilateralnego.
Pierwszy raz technika ta została użyta w roku 1857 przez Gustawa Le Gray, próbującego oddać na jednej fotografii zarówno morze, jak i niebo, choć przekraczało to możliwości techniczne ówczesnych aparatów i filmów. Le Gray rozwiązał problem, wykonując dwie oddzielne fotografie z różnym czasem naświetlania, a następnie wykorzystał różne fragmenty negatywów do otrzymania pozytywu.
http://www.hosakanorihisa.com/index.html
Labels:
Art
Jamie Cullum music list on 21.06.2011
Ray Charles — You Be My Baby
What I’d Say, Atlantic
Helge Lien Trio — Gamut Warning
Hello Troll, Ozella Music
Liane Carroll — Old Devil Moon
Up & Down, Quietmoney Recordings
Vijay Iyer with Prasanna & Nitin Mitta — Gauntlet, Tirtha, ACT
Wayne Shorter — Chief Crazy Horse
Adam’s Apple, Blue Note
Kurt Elling — Steppin' Out
The Gate, Concord
Eric Legnini & The Afro Jazz Beat — Black President, The Vox, Discograph
LaVern Baker — Money Blues, LaVern Sings Bessie Smith, Atlantic
Julian Lage — Margaret, Gladwell, Emarcy
Gang Starr — Jazz Thing,Music From Mo’ Better Blues, Sony
Labels:
Jazz
Import/Export 2007 by Ulrich Seidl
„Import/Export” należy do tej kategorii filmów, o których wiesz, że są wybitne, oglądasz je z podziwem i świadomością, że obcujesz z czymś szczególnym, jednocześnie wiedząc, że nie będziesz chciał do nich powrócić. Kino dotkliwe, boleśnie analityczne, wręcz wiwisekcyjne. Ale warto mu się poddać.
Urlich Seidl jest przede wszystkim dokumentalistą, choć jego filmy nie są niestety w Polsce dobrze znane. Powiedzieć, że pokazuje świat z dystansem, to nie powiedzieć nic. W „Import/Export” oglądamy świat zimny jak epoka lodowcowa. Statyczne nieruchome kadry, brak zbliżeń, martwe, sztuczne światło – przywodzą na myśl filmy japońskiego klasyka Yasujiro Uzo. Teoretycznie Zachód spotyka się tu ze Wschodem, ale jest to spotkanie, z którego nic nie wynika, nie ma żadnego oddziaływania. Austria jest tu sterylnym obozem koncentracyjnym, który mieszczańską schludnością próbuje pokryć nieprzezwyciężone historyczne traumy. Świetnie widać to na przykładzie relacji Olgi z jej austriacką pracodawczynią. Wschód, który oglądamy tu oczami Paula i jego ojczyma, to wielka smuta, pusta przestrzeń, gdzie nie uświadczysz słowiańskiego ducha, ale za to możesz odreagować swoje kompleksy. Tak właśnie robi wspomniany ojczym – poniżając prostytutkę, próbuje okazać zachodnią „wyższość” (cywilizacyjną, kulturową i chyba też biologiczną). Ta próba kończy się jednak klęską. To ona czeka na wszystkich bohaterów, niezależnie od granic, kręgów kulturowych czy aspiracji jednostek. Nawet wyzwalająca z marazmu egzystencji śmierć nie ma w sobie nic z dostojeństwa. Trąby obwieszczające sąd ostateczny zastąpione przez cykliczny dźwięk respiratora – pisał Iwaszkiewicz w „Serenite”. U Seidla nie ma życia, odkupienia, nadziei.
http://zalukaj.pl/zalukaj-film/4900/import_export_2007_.html
Labels:
Movies
Monday, 29 August 2011
Gwałt / Baise-moi (2000)
cyt. filmweb
Tak jak wolność mojej pięści ogranicza wolność czyjegoś nosa, tak granice mojej filmowej tolerancji ograniczają trzy iksy. Jestem w stanie oddać szacunek kamieniom milowym kina erotycznego, pornografia jednak gorszy mnie niczym posła Piłkę. I zarzekam się, choć przed seansem przeczytałam dwa czy trzy opisy "Gwałtu", nie przyszło mi na myśl, że miast średniawego thrillerka okraszonego okazyjną golizną przyjdzie mi zobaczyć obleśne blue movie.
Pierwsze skojarzenie - marne popłuczyny po "Thelmie i Louise". Mamy dwie kobiety w drodze, mamy motyw gwałtu (który u Scotta nie doszedł do skutku), mamy trupa. I na tym podobieństwa się kończą. Gwałt obok ciężarnych nastolatek i psychopatycznych sublokatorek jest ulubionym tematem tanich dramatów klasy B. Kino drogi to nieco inna bajka. Odkrywczą syntezę zrobić niełatwo, produkcja wtórnej to banał. Można też podążyć śladami twórców "Prawo gwałtuGwałtu" i stworzyć lekkie BDSM z pretensjami do "Urodzonych morderców".
Wróćmy do treści. Manu zostaje zgwałcona, co nie robi na niej większego wrażenia. Nadine jest świadkiem morderstwa bliskiej osoby, nad czym specjalnie nie rozpacza. Wspólnie dochodzą do wniosku, że będą lać na ten zły świat i rozpoczynają zabawę w kontestację - ruszają w podróż, kochając się ze wszystkimi napotkanymi na drodze samcami i mordując kogo popadnie.
Co ciekawe, panie grające główne role, jeśli chodzi o filmografię, prowadzą się nieco lżej, preferując obrazy uboższe w dialogi. Upodobały sobie bowiem kino spod znaku XXX. Na przykład Raffaëla Anderson może pochwalić się rolą w filmie o wiele mówiącym tytule "Faust Fucker - Drei Fäuste im Arsch". Sens zatrudnienia aktorek o tak specyficznym doświadczeniu jest dla mnie jednoznaczny - miało to być krokiem wysoce kontrowersyjnym, podobnie jak i całe wątpliwej jakości dziełko. Czy "Gwałt" rzeczywiście jest jednym z najbardziej bulwersujących obrazów ostatnich lat? Nie, bo szokując na siłę można co najwyżej zrobić z siebie i swoich wypocin pośmiewisko. O niesmaku nie wspominając.
To samo tyczy się niezwykle dokładnych, wręcz anatomicznych zbliżeń narządów płciowych podczas stosunku i nie tylko. Co to właściwie było? Czyżby nawiązanie do Courbetowskiego "Początku świata"? Czy raczej najprostszy chwyt prowadzący do wzbudzenia kontrowersji?
Po tytule spodziewałam się jakiejś głębszej penetr.. tfu.. analizy zjawiska. Na przykład wewnętrznego portretu zgwałconej kobiety. Kłębiących się w jej głowie emocji, dramatycznych prób zapomnienia, przywrócenia dawnego stanu rzeczy. Portret otrzymałam, owszem, ale pani, która, jak mawiał mój profesor literaturoznawstwa, częściej rozkłada nogi niż książkę. Białogłowa przyjmuje więc gwałt jak po zimie wiosnę, bez mrugnięcia okiem. Anderson minę ma właściwie przez cały film taką samą, co każe nam zgadywać, że gra w produkcji chwilami niepornograficznej jest permanentnym gwałtem na jej rzeczywistych zdolnościach. Z powodzeniem mogłaby w tym czasie występować jako kolejna inkarnacja Biustoliny.
A przecież mogłam liczyć na jakieś bardziej oryginalne przedstawienie psychicznych reperkusji rzeczonego gwałtu. Bohaterki mordują, znęcają się nad ofiarami, kopulują jak króliki, ale dlaczego? Czyżby wykorzystane przez mężczyzn szukały na nich zemsty? Czyżby zgwałcona bohaterka weszła w konflikt duszy i ciała, odrzucając to drugie jako brudne, stłamszone, chcąc urzeczywistnić tę przemianę promiskuitycznym trybem życia? Otóż wcale nie. W umysłowości naszych pań nie doszło do żadnej wewnętrznej rewolucji. Zabijają, bo są najzwyczajniej w świecie zdegenerowane, a kręgosłup moralny straciły na długo przed rozpoczęciem fabuły. Wielka szkoda, że psychologiczny portret bohaterek został uszczuplony do minimum, by zrobić miejsce kolejnym ruchom frykcyjnym.
Dziwię się ludziom, którzy chcą w tym filmowym potworku dostrzec jakąkolwiek wartość. Dla mnie to tandetny pornol i nic ponadto. Reżyserowi zaś gratuluję pomyślnego uskutecznienia umysłowej defekacji.
http://zalukaj.pl/zalukaj-film/4424/gwalt_baise_moi_2000_.html
Labels:
Movies
Sunday, 28 August 2011
a quote from Edward Weston
“Anything that excites me for any reason, I will photograph; not searching for unusual subject matter, but making the commonplace unusual.”
Labels:
Art
Subscribe to:
Posts (Atom)




